Putin odkrył karty? Nie skończy się na Ukrainie

Władimir Putin fot.klimkin, pixabay

Nikt już nie ma wątpliwości, że „denazyfikacja” i „demilitaryzacja” Ukrainy to tylko pretekst – ale pretekst do czego? Co tak naprawdę chce osiągnąć Putin? Jego ostatnie wystąpienia i działania polityków partii Jedna Rosja rozwiały wątpliwości.

„Europa musi się obudzić najpóźniej teraz” pisze Clemens Wergin w „Welt”, którego opinię przytacza Onet. Jego zdaniem w rozmowie z młodymi ludźmi w Petersburgu Putin wyraźnie powiedział, o co mu chodzi w tej wojnie, a swoje dołożyli do tego politycy partii Jedna Rosja. Kreml, jego zdaniem, wreszcie zrzucił maskę i wyraził to, o co w tej wojnie naprawdę chodzi.

A tak naprawdę chodzi wcale nie o zapewnienie prawa mieszkańcom Ukrainy do mówienia po rosyjsku, ochrony przed strasznym, opresyjnym prezydentem Zełenskim, a także denazyfikacja i demilitaryzacja. W te kłamstwa putinowskiej propagandy nikt już nie wierzy, nikt też nie ma wątpliwości, że wojna jest po to, by Ukraina nie wyszła ze strefy rosyjskich wpływów.

Jednak w rozmowie z młodzieżą na wystawie poświęconej Piotrowi Wielkiemu Putin wyraźnie wyartykułował, że to nie jest wojna tylko o Ukrainę. Putin porównał się do Piotra Wielkiego i stwierdził, że chce przywrócenia mocarstwowości Rosji poprzez odebranie terytoriów, które – jak uważa Putin – Rosji się należą. Tak jak Piotr I, który nie ukradł terytorium Szwecji w czasie Wojny Północnej, jak uważa Putin, ale odebrał ziemie należące się Rosji. „Oczywiście, naszym przeznaczeniem jest teraz odebrać i wzmocnić również” – podsumował Putin tę analogię.

Jaśniej już powiedzieć nie można, że celem Rosji jest przywrócenie zasięgu dawnego Związku Radzieckiego, którego zresztą Putin jest wielkim fanem, uważając, że wtedy miały miejsce czasy świetności Rosji. A to oznacza, że chodzi nie tylko o Ukrainę, lecz i o Łotwę, Litwę i Estonię. Przecież poseł Jednej Rosji Jewgienij Fiodorow już zakwestionował niepodległość Litwy i jej prawa do własnej państwowości. Kwestie bezpieczeństwa, jak twierdzą rosyjscy propagandziści, wskazując na rzekome zagrożenie ze strony państw Zachodu, nie mają z tym nic wspólnego. Putin chce odbudować ZSRR z tym samym zamordyzmem i podległością krajów związkowych.

Dlatego najpierw Ukraina ma się stać rosyjska, nad czym prace trwają przecież od 2014 roku, od aneksji Krymu i powstania tak zwanych Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych. Czy później przyjdzie czas na Kaukaz? Rosja od lat wtrąca się w sprawy tamtejszych państw utrudniając im budowanie demokracji. Jak się okazuje teraz – nie bez powodu.

Według Carla Bildta, byłego premiera Szwecji, ten rewizjonizm historyczny Putina to recepta na całe lata wojny. Dlatego albo Ukraina zdoła, z pomocą reszty cywilizowanego i demokratycznego świata, pokonać Rosję i zadać Putinowi decydującą porażkę, by zdusić jego neoimperializm w zarodku – albo wojna na Ukrainie będzie pierwszą z serii, które ogarną całą Europę, gdy Rosja będzie próbowała podbijać kolejne kraje.

W takiej sytuacji postawa zachodnich polityków, którzy – jak prezydent Francji Emmanuel Macron – mówią, że Ukraina powinna zrezygnować z niektórych terenów, a Rosji nie wolno upokarzać – jest druzgocąca. Bo Rosję trzeba upokorzyć. Ona musi ponieść tak dotkliwą porażkę, żeby nigdy więcej nie miała ani środków,a ni możliwości podjęcia ponownych działań. Europejczycy muszą więc zwielokrotnić wysiłki, by Ukraina zwyciężyła. Dla własnego dobra.