Młodzi Rosjanie nie chcą iść do wojska. Masowy pobór zakończył się fiaskiem

zdobyty rosyjski czołg fot. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy

Podczas wiosennego poboru do rosyjskiej armii miało trafić 150 tysięcy rekrutów. Udało się z tego zebrać zaledwie 26 proc. Młodzi Rosjanie uciekają przed poborem do wojska, bo nie chcą ginąć na Ukrainie.

Rosjanie uciekają, bo nie wierzą zapewnieniom rządu, że żołnierze z wiosennego poboru nie będą wysyłani na Ukrainę. Już niejednokrotnie władze zapewniały o tym, że poborowi nie będą trafiać na front – a potem się okazywało, że jednak tam trafiali. I najczęściej umierali, bo bez przeszkolenia, bez przygotowania byli tylko mięsem armatnim. Rosyjscy dowódcy mówili o nich „jednorazowi”, bo w pierwszym starciu albo ginęli, albo odnosili rany i nie nadawali się do dalszej walki.

Poborowym był kucharz Jegor Szkriebiec, który zginął na krążowniku Moskwa. Sprawę nagłośnił jego ojciec Dmitrij, bezskutecznie poszukujący syna po zatonięciu krążownika. Do niego dołączyli inni rodzice, także szukający swoich synów, którzy dostali powołanie do wojska – i przepadli gdzie na Ukrainie, mimo że mieli jechać tylko nad granicę. Jak podaje Wirtualna Polska, takimi przypadkami byli Arsen Chaczajbragimow i Karib Sułtalijew z Dagestanu. Mało tego: matce Chaczajbragimowa armia obiecała, że jej syn wróci on do służby na terytorium Rosji. Ale do 20 czerwca nie wrócił, jak poinformowała dagestańska gazeta „Czernowik”.

Poza tym chyba nie ma już zakątka Federacji Rosyjskiej, w którym nie odbyłyby się mniej lub bardziej uroczyste pogrzeby tych, którzy zginęli na Ukrainie. To wszystko sprawia, że wiosenny pobór do wojska całkowicie się nie udał. Jak ocenia Petro Burkowski z serwisu Media Detektor cytowany przez WP, na 150 tysięcy poborowych do armii trafiło zaledwie niespełna 40 tysięcy, czyli 26 proc. planu. Z taka liczbą na odbudowę rosyjskich sił na Ukrainie nie ma szans – a przypomnijmy, że według ukraińskich danych na tej wojnie zginęło już 34 230 rosyjskich żołnierzy.

Media Detektor podaje dane z konkretnych miast i okręgów, na których oparł szacunki: w Samarze miało przybyć 3200 poborowych, ale stawiło się zaledwie 100, tyle samo w Woroneżu, gdzie według danych miało być 2800 poborowych. W Orenburgu i Saratowie zgłosiło się około 400-500 rekrutów – to jedna piąta planowanych poborowych, a w Niżnim Nowogrodzie udało się zebrać 44 proc. poborowych. W Magnitogorsku tamtejszy urzędnik Grigorij Kosenok zagroził, uchylającym się od poboru, że zapłacą 3 tys. rubli kary i nie znajdą legalnej pracy.

Jak powiedział WP Iraklij Komachidze z serwisu InformNapalm, wszystko to wskazuje na ogromny problem z poborem do wojska. Wielu młodych ludzi uciekło przed nim z kraju, między innymi do Gruzji albo Czarnogóry. Tam wysyłają swoich synów między innymi ci lepiej sytuowani Rosjanie z dużych miast, z Petersburga i Moskwy. To wśród nich coraz bardziej upowszechnia się przekonanie, że starcy pod wodzą Putina wciągnęli Rosję w niepotrzebną i krwawą wojnę.

Walczyć nie chcą także żołnierze kontraktowi, którzy masowo odmawiają przedłużania kontraktów. Władze kuszą ich różnymi bonusami, bezpłatnymi wakacjami dla dzieci nad Morzem Czarnym albo dodatkową opieką medyczną dla żon, ale niewielu daje się skusić. Jak powiedział WP płk. rez. Andrzej Kruczyński z Instytutu Bezpieczeństwa Społecznego, były oficer GROM, uczestnik misji w Bośni, Kosowie oraz Iraku – w takiej sytuacji nie ma szans na szybką odbudowę rosyjskiej armii. Zwłaszcza że na samym początku wojny stracili najlepsze, najbardziej doświadczone kadry oficerów i podoficerów, których nie są w stanie zastąpić poborowi po kilkutygodniowym szkoleniu. Odbudowa tego potencjału to zadanie na lata.