Krążownik „Moskwa”: prokuratura twierdzi, że nie było go na wojnie

krążownik Moskwa fot. Siły Zbrojne Ukrainy

Rodziny marynarzy, którzy zginęli podczas zatopienia krążownika „Moskwa”, dowiadują się od rosyjskich władz, że okrętu wcale nie było w strefie działań wojennych, a co się stało z tymi, którzy tam służyli – nie wiadomo.

Przypomnijmy: „Moskwa” została trafiona dwiema rakietami Neptun 13 kwietnia. To doprowadziło do pożaru i wybuchu amunicji, a dzień później – do zatonięcia okrętu razem z częścią załogi niedaleko Wyspy Wężów.

Jak dużą częścią? Nie wiadomo. Bo Rosja początkowo w ogóle zaprzeczała, by „Moskwa” zatonęła, i by było to spowodowane atakiem rakietowym. Później przyznała, że na statku wybuchł pożar, ale według oficjalnych danych wszyscy ocaleli. Tylko że na spotkaniu z załogą, które pokazała rosyjska telewizja, pokazano niewiele ponad stu marynarzy i żołnierzy. A na statku służyło ich, według różnych źródeł, od 480 do 520. Co się stało z pozostałymi? Po kilku dniach Moskwa przyznała, że części załogi nie udało się uratować z powodu sztormu, choć w tym czasie sztormu w tej części morza nie było. Ale nadal nie wiadomo, ilu zginęło na „Moskwie”.

Na to pytanie usiłują znaleźć odpowiedź rodzice tych, którzy zginęli na „Moskwie”, wśród nich Dmitrij Szkriebiec. Jego syn Jegor służył na krążowniku „Moskwa”, a jego ojciec nie ustaje w próbach wyjaśnienia, co stało się z jego dzieckiem. Historię Szkriebca nagłośniła „Ukraińska Prawda”.

Szkriebiec poruszył niebo i ziemię, by dowiedzieć się, co stało się z jego synem Jegorem. Pisał do dowódców różnego szczebla jednostki, w której służył jego syn, zwrócił się także do prokuratury. I właśnie od niej otrzymał kuriozalne pismo, w którym czytamy: „Śledztwo wykazało, że statek, na którym odbywał służbę wojskową Jegor Szkriebiec, nie wpłynął na wody terytorialne Ukrainy i nie był ujęty w wykazie jednostek biorących udział w specjalnej operacji wojskowej. 13.04.2022 w czasie wyjątkowych okoliczności, których skutkiem było zatonięcie statku, zaginął bez wieści. Działania podjęte w celu znalezienia go nie przyniosły pozytywnych rezultatów i nie udało się ustalić, gdzie znajduje się Pana syn”. W dalszej części pisma znajduje się informacja, że Jegor Szkriebiec został uznany za zaginionego bez wieści.

Dmitrij Szkriebiec opublikował pismo na swoim profilu społecznościowym. „Wyspa Wężów to nie terytorium Ukrainy, wyrzutki? Jakimi szumowinami trzeba być, żeby przysyłać nam coś takiego!” – napisał zrozpaczony ojciec.

„To jeden z głównych mitów propagandowych – „Rosjanie swoich nie porzucają” – napisał Mychajło Podolak, doradca prezydenta Ukrainy, komentując tę sprawę. – „Ale porzucają, i jak jeszcze porzucają! Zapominają, gubią, palą, wykreślają z historii. Oto ojciec poborowego służącego na krążowniku „Moskwa” do dziś nie może poznać losów syna. Jednego z tysięcy porzuconych”.

Dziennikarze niezależnego rosyjskiego portalu „Meduza” doliczyli się 37 zabitych i około 100 rannych. Informacje otrzymali ze źródła zbliżonego do dowództwa Floty Czarnomorskiej.

Podziel się: