Wojna na Ukrainie. Polegli Rosjanie to głównie poborowi. I najczęściej wcale nie Rosjanie

wyposażenie rosyjskich żołnierzy fot. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy

Ukraińskie media informują, że większość rosyjskich żołnierzy, którzy polegli na ukraińskim froncie, to żołnierze poborowi, którzy podpisali krótkoterminowe kontrakty. Wielu poległych to w ogóle nie są etniczni Rosjanie.

Jak poinformował Roman Cymbaliuk, dziennikarz agencji Unian, tylko 26 maja ukraińska artyleria ostrzelała pozycję rosyjskiej 98. dywizji powietrznodesantowej, zabijając co najmniej 43 żołnierzy i raniąc kolejnych 18. Większość z nich to byli właśnie żołnierze z podpisanymi krótkoterminowymi kontraktami.

Na problem już od dawna zwracały uwagę ukraińskie służby, jak przypomina Onet. Ich zdaniem których Rosjanie wysyłają niedoświadczonych, świeżo po poborze, żołnierzy na front, gdzie mogą pełnić wyłącznie rolę mięsa armatniego. I niestety najczęściej pełnią właśnie taką rolę. Rosjanie na początku zapewniali, że na front trafiają wyłącznie zawodowcy, żołnierze kontraktowi, jednak z czasem na jaw wychodziło coraz więcej dowodów świadczących o tym, że to nieprawda. To były przede wszystkim ciała poległych, które udawało się zidentyfikować, ale także zeznania. Rosyjska „Nowaja Gazieta Europa” na przykład opublikowała rozmowę z matką jednego z marynarzy z krążownika „Moskwa”. Według tej kobiety większość załogi to byli żołnierze z poboru.

Na jeszcze inny aspekt sprawy zwrócił uwagę Mychajło Podolak, doradca prezydenta Ukrainy, w swoim wpisie na Twitterze. Tak wśród walczących, jak i poległych dominują nie Rosjanie, których w końcu w Federacji Rosyjskiej jest najwięcej, ale obywatele małych republik, takich jak Dagestan, Buriacja czy Czeczenia. „Gdzie są mieszkańcy Moskwy i Petersburga”? – zastanawia się Podolak. I porównuje wysyłanie obywateli republik na front do praktyk stosowanych przez imperia kolonialne, które także wysyłały na wojny podbite ludy, a nie swoich obywateli.
„Kolonie niewolników rosyjskiego imperium nazistowskiego powinny zadać sobie kilka pytań” – podsumowuje bezkompromisowo Podolak.