Koronawirus: Pacjenci przychodzą na testy. I nie mogą ich wykonać

Photo by pedro_wroclaw / pixabay

We Wrocławiu pacjenci mają duży problem z wykonaniem testu na obecność koronawirusa. W kilku punktach, mimo umawiania na konkretną godzinę, ludzie i tak muszą stać w długich kolejkach, a często i tak nie udaje im się dostać na test.

Swoje przejścia z testowaniem opisała dziennikarka wrocławskiego oddziału „Faktu”, która po tym, jak test z apteki pokazał jej dwie kreski, postanowiła zdobyć dodatkowe potwierdzenie. Zapisała się na test przez stronę NFZ w jednym z punktów na 24 stycznia na godzinę 14.30. Gdy jednak dotarła tam nieco wcześniej, okazało się, że przed punktem, na dworze, stoi pokaźna kolejka marznących pacjentów. W dodatku całkiem sporo z nich było umówionych albo na godzinę wcześniejszą niż 14.30 – albo właśnie na 14.30.

Byli zapisani – i co z tego?

Dlaczego umówiono kilka osób na tę samą godzinę i to w sytuacji, gdy punkt obsługiwała tylko jedna osoba? Nie wiadomo, ale efektem takiej organizacji pracy był fakt, że wiele osób, mimo że były umówione, nie zdążyły się przetestować. Punkt zamykano o 15.00, bo, jak wyjaśniła pracownica, kierowca musi zdążyć zawieźć próbki do laboratorium. A w kolejce czekało kilkadziesiąt osób, w większości chorych i ledwo trzymających się na nogach, a wśród nich seniorzy i dzieci…

Dziennikarka zapytała w dolnośląskim NFZ, czy na pewno praca w punkcie testów powinna tak wyglądać – i uzyskała zapewnienie od rzeczniczki, że NFZ już się skontaktował z tym punktem, by wydłużył godziny pracy do 17.00 i zwrócił uwagę, by zmienił organizację pracy na taką, która wszystkim zarejestrowanym na dany dzień zagwarantuje wykonanie wymazu.

Godziny są tylko orientacyjne

Czy to oznacza, że teraz, gdy ktoś zostanie zapisany na wymaz na 14.30 – to o tej godzinie wymaz zostanie mu wykonany? Niekoniecznie. Bo godziny, na które zapisują się pacjenci, są nadal orientacyjne…

Okazuje się, że sytuacja w punkcie odwiedzonym przez dziennikarkę wcale nie jest wyjątkowa. Z identyczną sytuacją spotkali się pacjenci w innym punkcie, tym razem drive-thru, 28 stycznia. Tyle że tu akurat powodem nie było zamknięcie punktu, ale rozpoczęcie testów płatnych, nie na NFZ, o godzinie 16.00. Kto do tego czasu nie zdążył się przetestować na NFZ, to albo płacił, albo przychodził kiedy indziej.

Czyli praktyka umawiania pacjentów tak, by nie zdążyć im wykonać testów przed zamknięciem punktu – jest powszechna. Tylko czy ktoś może wytłumaczyć – po co?

Źródło: Fakt
Podziel się: