Brakuje karetek. System ratownictwa medycznego stracił wydolność

fot. arembowski - pixabay.com (zdjęcie ilustracyjne)

System ratownictwa medycznego w Polsce doszedł do punktu krytycznego. Do braku wydolności przyczyniają się sami pacjenci, którzy wzywają karetki do drobnych urazów, a nawet otarć – zdradza dr Michał Sutkowski z 20-letnim stażem pracy.

W niedzielę w całej Polsce zanotowano 19 737 wezwań kierowanych do centrali pogotowia ratunkowego. Karetki wyjechały do 9735 zdarzeń. Przed pandemią średnia wyjazdów wynosiła ok. 5100 wezwań dziennie.

Wzrost wyjazdów jest widoczny nie tylko na poziomie krajowym, ale również wojewódzkim. W miniony piątek w samym województwie dolnośląskim pogotowie było wzywane 953 razy. Dla porównania – 26 marca 2020 r. było to zaledwie 648 wyjazdów. Wzrost realizowanych wezwań nastąpił niemal o połowę. Podobna sytuacja jest we wszystkich regionach kraju.

Sytuacja staje się dramatyczna. Wojewoda dolnośląski Jarosław Obremski apelował do mieszkańców o wzywanie pogotowia ratunkowego wyłącznie w nagłych przypadkach zagrożenia życia lub zdrowia.

Jednym z problemów jest wzywanie karetki pogotowia do lekkich obrażeń czy zwykłego kaszlu, który nie wymaga pilnej reakcji ze strony pogotowia ratunkowego. Już na etapie zgłoszenia do centrali, niemal połowa wezwań zostaje odrzucona. W piątek w Warszawie zanotowano 3327 zgłoszeń, karetki wyjeżdżały do 1421 z nich. Pozostałe nie kwalifikowały się podjęcia interwencji.

Problemem jest również zbyt mała liczba karetek. Na koniec 2020 r. w Polsce było 1589 zespołów ratownictwa medycznego, a więc karetek z kompletnym zespołem medyków, w tym również funkcjonujących sezonowo. Z danych przekazanych przez Ministerstwo Zdrowia wynika, że przed trzecią falą pandemii udało się zwiększyć liczbę zespołów zaledwie o pięć karetek.

Dr Michał Sutkowski, prodziekan Wydziału Medycznego Uczelni Łazarskiego i rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce cytowany przez portal Money.pl powiedział, że sytuacja jest bardzo poważna. Przez 20 lat pracy na oddziale ratownictwa medycznego nie było takiej zapaści w systemie ratownictwa, jaką obserwujemy obecnie.

Sytuację pogarsza fakt, że wielu pacjentów pomija lekarzy rodzinnych, decydując się już przy lekkich objawach chorobowych na wzywanie karetki. Zdaniem Sutkowskiego, spora część pacjentów wychodzi ”z założenia, że karetka zawiezie ich na SOR, nie będą czekać w kolejce i z miejsca ich tam pod każdym kątem przebadamy”.

W Polsce funkcjonują również prywatne karetki pogotowia. Niestety, w 2019 r. system ratownictwa medycznego upaństwowiono, wyrzucając z niego 135 ambulansów pozostających w rękach prywatnych. Nie znaczy to jednak, że te karetki nie biorą udziału w walce z pandemią. Jak mówi w rozmowie z portalem Money.pl Maciej Pająk, ratownik medyczny i koordynator tych służb w grupie Lux Med, aktualnie firma posiada 14 karetek w trzech miastach Polski. W samej Warszawie realizują obecnie 1000 wyjazdów w miesiącu.

– Wozimy pacjentów do tych samych szpitali i też jeździmy po 100 km, by znaleźć dla nich miejsce. Jesteśmy prywatni do momentu, kiedy nie podejmiemy pacjenta. Potem obowiązują nas te same procedury. Mamy tego samego koordynatora, co zespoły publicznej służby zdrowia – zdradza Maciej Pająk.

W walce z koronawirusem uczestniczy również Medicover, który dysponuje własnymi karetkami, ale firma nie zdradza szczegółów dotyczących swojego udziału w systemie ratownictwa.

Dla prywatnych firm, udział w systemie ratownictwa medycznego nie wiąże się z żadnym dodatkowym zarobkiem. Jak mówią przedstawiciele prywatnej służy zdrowia, karetki wyjazdowe stanowią wyłącznie uzupełnienie ich oferty. Koszt utrzymania zespołu ratownictwa medycznego wraz z karetką i paliwem wynosi ok. 3,5 tys. zł dziennie. Podobne pieniądze są płacone przez Narodowy Fundusz Zdrowia w systemie państwowym.

Jak mówią ratownicy, obecnie sytuacja przypomina wojnę. Brakuje sił i środków, a wielu ratowników pracuje ponad siły. Ilu z nich wypali się i odejdzie z zawodu po ustaniu pandemii?

Podziel się: